Rozdział VII

Zaledwie trzy lata temu byłam gotowa rzucić się ojcu w ramiona i mówić, że cieszę się jego wizytą. Byłabym przejęta i naprawdę uradowana. Usiedlibyśmy na krzesłach i zadałabym mu wszystkie pytania, które chodziły mi po głowie. Spytałabym, czemu przychodzi do mnie z wizytą piętnaście lat po oddaniu mnie. A teraz?
Teraz dostałam czkawki, ale ją zignorowałam, wiedząc, że przejdzie. Byłam wściekła i wcale nie starałam się tego ukryć, stałam i wpatrywałam się mrożącym krew w żyłach spojrzeniem, w człowieka podającego się za mojego ojca. Jak przez mgłę zdałam sobie sprawę z faktu, że moje oczy błyszczą się na złoto – odczytałam to z miny mężczyzny. Wydawał się być tym faktem uradowany i zdziwiony.
Jak on w ogóle śmiał? Najpierw znika na całe osiemnaście lat, a po tym czasie (i to w moje urodziny!) nagle się zjawia? Oprócz niewyobrażalnej wściekłości i zdenerwowania z pierwszego spotkania, czułam ciekawość, dlatego otworzyłam swój umysł, a wtedy... Nic. Jego myśli były ode mnie odcięte. Czułam się, jakbym chciała przejść przez korytarz, którym chodziłam już mnóstwo razy i zawsze był otwarty, a teraz... Zamknięto przede mną drzwi. Żadnych myśli, tylko emocje, które odczuwał. Był przejęty, zestresowany, zdziwiony, ale uradowany i dumny. Nie miałam pojęcia czemu, więc miałam ochotę go spoliczkować.
– Dlaczego? – wydusiłam, czując ogromną gulę w gardle. – Dlaczego nic nie słyszę? – spytałam szeptem bardziej siebie niż jego. Przymknęłam oczy i wzięłam głęboki oddech, wręcz zachłysnęłam się powietrzem, ale poczułam również radość: wyczułam znajomą nutkę w jego zapachu. Od razu domyśliłam się, że jesteśmy z tego samego gatunku. – Jesteś wilkiem?
Liam przyłożył palec do ust, ale kiwnął głową. Po chwili ponownie usiadł na krześle, które zajmował wcześniej. Przez chwilę stałam jak sparaliżowana – nie miałam pojęcia, co ze sobą zrobić, aż w końcu otrząsnęłam się grubsza z szoku i również przycupnęłam na brzegu drugiego krzesła.
– Dlaczego? – powtórzyłam z naciskiem, jednakże teraz miałam na myśli coś innego. Musiałam wiedzieć dlaczego zjawił się tutaj.
– Na początku chciałem ci złożyć serdeczne życzenia z okazji twoich osiemnastych urodzin, Lailah – powiedział, starając się nie okazywać emocji, które nim zawładnęły – Jesteś teraz dorosłą kobietą. I na dodatek naprawdę piękną – rozmarzył się. – Masz oczy swojej matki.
Powiedział za dużo i chyba zdał sobie z tego sprawę, dopiero po wypowiedzeniu tych słów. Natychmiast podchwyciłam temat.
– Matki? Kim ona była? Jeszcze żyje? I dlaczego, do diabła, mnie tutaj zostawiłeś?!
– Jesteś na mnie wściekła. – Co ty nie powiesz?!, przemknęło mi przez głowę, ale zostawiłam ten komentarz dla siebie. – I wcale nie mam ci tego za złe. Zostawiłem cię w sierocińcu, ale proszę... Nie. Chcę byś wiedziała, że nie miałem wyboru. Byłem wtedy rok od ciebie młodszy i byłem nieodpowiedzialny. Buntowałem się i nie chciałem nikogo słuchać – mówił, a mnie żal ściskał serce. Kto by pomyślał, że w końcu poznam swojego ojca? Kto by przypuszczał, że zacznie mi mówić jaki był w młodości? Pokręciłam gwałtownie głową.
– I to był powód? – warknęłam wściekła. Wzrok utkwiłam w swoich dłoniach, które rysowały powierzchnię mahoniowego stołu. Z wściekłości zaczynałam tracić nad sobą panowanie, a co za tym szło – mój wygląd powoli przestawał przypominać dziewczęcy. Coraz bardziej się upodabniałam do swojego demona, który drzemał gdzieś w głębi mnie. Do mojego wilka o czarno – białej sierści z domieszką szarości, co było dziwnym umaszczeniem, jak na tak dostojne zwierze.
– Okropny i niewystarczający – zgodził się mężczyzna. – Jednak... Pewnie na to już za późno i wcale nie proszę cię, byś mi przebaczyła, ale... Chciałbym to wszystko naprawić.
– Naprawić! – krzyknęłam, podrywając się ze swojego krzesła, które upadło na linoleum. Mój „ojciec” nie był zaskoczony takim wybuchem złości. – Masz stuprocentową rację. Teraz jest już na to stanowczo za późno. Mógłbyś tu wrócić, gdy miałam siedem lat, dziesięć, albo nawet czternaście, a nie teraz! – Umilkłam na chwilę, wpatrując się uważnie w twarz Liama. Była taka znajoma, a jednak tak obca. – Chcesz to naprawić z poczucia winy, panie Thomas? Czy jest może jakiś inny szlachetny powód pańskich intencji? – spytałam głosem pełnym słodyczy oraz jadu. Chciałam, żeby zabolało go równie bardzo jak mnie.
Mężczyzna westchnął.
– Po zostawieniu ciebie – zaczął – zacząłem mieć niewyobrażalne wyrzuty sumienia, których nijak nie szło zagłuszyć. Twoja matka mi tego nie ułatwiała – po twoich narodzinach stała się dla mnie nieosiągalna. Zniknęła, a ja nie wiedziałem dlaczego. Powiedziała tylko, że nazywasz się Lailah i mam się tobą zaopiekować. Byłem wtedy tak na nią wściekły – kochałem ją najbardziej na świecie, a ona nie chciała mnie znać! Przypominałaś mi o niej, więc musiałem cię porzucić. Moi rodzice zabraniali mi tego, ale jak już mówiłem, często się buntowałem, więc ich nie posłuchałem. Potem było już za późno, żeby wszystko odkręcić. Oślepiła mnie moja własna duma, która nie pozwalała mi cię zabrać z powrotem do domu – dokończył z nutą złości na samego siebie. Spojrzał na mnie z desperacją w oczach, które teraz były równie złote, co moje podczas pełni.
Wściekłość ulotniła się ze mnie, niczym powietrze z przekłutego balonu. Poczułam znużenie całą tą niewygodną sytuacją, chciałam, żeby Liam Thomas sobie już poszedł i zostawił mnie w spokoju, a jednocześnie... Wolałam, żeby został i mnie już nie opuszczał. To okrutne, co mi zrobił, ale okazywał skruchę. Chciał to wszystko naprawić, a poza tym mógłby mi udzielić odpowiedzi na pytania, dotyczące mojej przemiany. Tak, nawet w tej sytuacji jest jakiś plus, a ja musiałam działać, żeby mi nie umknął. Musiałam się przyznać sama przed sobą, że ja też chciałabym zacząć żyć od początku. Z ojcem, jakiego nigdy nie miałam. Podniosłam swoje krzesło i usiadłam na nim pokornie. Wlepiłam wzrok swoich oczu w Liama i poczułam, że jego intencje są prawdziwe. Że naprawdę chce mnie poznać, dowiedzieć się, co go ominęło, jakie mam życie. On również chce mieć dziecko, którym mógłby się chwalić przed kolegami.
– W jaki sposób chciałbyś to naprawić? – spytałam cicho.
– Na początku – odparł również szeptem – mam zamiar zaprosić cię do siebie. Co ty na to? Mam domek jednorodzinny, w którym jeden pokój połączony z łazienką, już na ciebie czeka – stwierdził z nieśmiałym uśmiechem, a potem uderzył się ręką w czoło. – Zapomniałbym – Włożył rękę do wewnętrznej kieszeni swojej ciemnej marynarki, którą miał na sobie i wyjął podłużne pudełko, owinięte bladoróżowym papierem ozdobnym i z ciemniejszą wstążką. Podał mi pudełeczko z dumą. Przyjęłam je z niemałą ciekawością i zaczęłam odpakowywać. – Jeszcze raz wszystkiego najlepszego, Lailah.
Zapiałam z zachwytu, gdy zauważyłam zawartość: był to naszyjnik z białego złota, posiadał również trzy duże kamienie szlachetne, które błyszczały radośnie, odbijając promienie słońca.
– Ale to są...
– Diamenty – dokończył za mnie Liam. Wstał, zabrał naszyjnik i zapiął go na mojej szyi. Pierwszy raz w życiu dostałam tak kosztowny prezent i może gdybym nie była egoistką, to poczułabym wyrzuty sumienia, przyjmując go, ale cóż poradzić. Jestem równie egoistyczna, co kiedyś byłam leniwa. – Podarowałem go kiedyś twojej matce, ale znalazłem go z powrotem, gdy dała mi ciebie.
Czule pogłaskałam zimne klejnoty. Takie piękne i takie kosztowne. Czułam się mile połechtana tym prezentem. Dosłownie uśmiech nie schodził mi z twarzy.
– Dziękuję! – zawołałam i w porywie chwili rzuciłam się mężczyźnie na szyję. Po chwili poczułam zakłopotanie, więc z powrotem opadłam na krzesło i tylko przyglądałam się diamentom.
– To jak? – spytałam mężczyzna, ręką przeczesując swoje czarne włosy. – Chciałabyś ze mną zamieszkać? Czy to jeszcze dla ciebie za wiele?
Przyjrzałam mu się z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Musiałam się zastanowić, czy było w rzeczywistości tak, jak powiedział. Byłam na swój sposób rozdarta: miałam zamieszkać z Seleną i jej mężem, a tymczasem przychodzi mój ojciec i prosi o to, bym się do niego wprowadziła. Wiedziałam, że jeśli odmówię, to poczuje się zraniony, ale będzie wiedział, że nie jestem gotowa, że to jego wina. Dał mi piękny prezent urodzinowy, ale to nie wymazuje wszystkich lat, które spędziłam niemal całkiem sama i chciałam dać mu nauczkę. Pokazać jak ja się czułam, gdy go przy mnie nie było. Z drugiej strony byłam ciekawa jak to jest posiadać ojca. Czy reagowałby śmiechem, gdybym wygłaszała osobliwe uwagi? Brałby mnie na poważnie, gdyby o coś spytał? Czy wysłuchiwałby z uwagą, podczas gdy ja wyżalałabym mu się i otwierała przed nim swoje serce?
Czy w ogóle byłam zdolna do wpuszczenia go do siebie?
Wiedziałam, że ten moment ma kluczowe znaczenie na naszej przyszłości: mogłabym odmówić i wszystko zaprzepaścić, albo się zgodzić i zaznać nowego życia. I chyba wolałam drugą opcję.
– Chciałabym – zaczęłam powoli i cicho – ale nie wiem, czy dałabym sobie radę. To rzeczywiście za dużo. – Wlepiłam wzrok w swoje opalone na jasny brąz dłonie. – Wiesz, jeszcze trzy dni temu nie miałam ochoty cię znać, ale wiedziałam, że muszę cię odnaleźć i zadać kilka pytań. Podświadomie czułam się winna i nawet nie wiedziałam dlaczego, ale teraz już wiem, że w moim zachowaniu nie ma nic z mojej winy. To ty uczyniłeś mnie... – chciałam powiedzieć „wilkołakiem”, ale ugryzłam się w język – ...taką, jaka jestem. Pomimo to muszę spróbować, dlatego z chęcią skorzystam z twojej propozycji. Ale – powiedziałam szybko, widząc, że chce coś powiedzieć – nie będę cię nazywała „ojcem”. Na to jest naprawdę za wcześnie.
– I tak jestem szczęśliwy, że się zgodziłaś – powiedział szczerze. – Więc nazywanie mnie po imieniu nie będzie takie złe. Mógłbym cię przedstawić reszcie watahy, aż dziw, że jeszcze nikogo nie spotkałaś, skoro wszyscy mieszkają w najróżniejszych częściach Shreveport.
Ta informacja wydawała mi się być nierealna. Inne wilkołaki... Cała wataha! Na tę myśl poczułam szczęście i lekkie zażenowanie.
– Miałam mieszkać u Seleny – powiedziałam, wyrywając się z zamyślenia. – Dzisiaj mnie stąd wywalają, ale jeszcze nie zaniosłam do niej swoich rzeczy, więc mogę je zabrać.
Powiedziawszy to, wstałam i ruszyłam do drzwi. Mruknęłam tylko „Zaraz będę gotowa” i wyszłam, a na korytarzu prawie wpadłam na Selenę, która ze zdenerwowania obgryzała swoje długie paznokcie pomalowane na delikatny róż. Uwielbiała ten kolor.
Jej uwagę natychmiast przykuł naszyjnik, ale nic nie powiedziała, a ja również nie miałam ochoty tego komentować. Zauważyłam, że w drzwiach do salonu przystała grupka dzieciaków od sześciu do dziewięciu lat, gdy tylko pochwycili mój wzrok, uciekli z piskami, co wydawało mi się szczególnie zabawne.
Przez kilka kroków szłam w milczeniu, a potem odezwała się Selena, podążając za mną cicho:
– Co sądzisz?
Wiedziałam o co jej chodzi i nie potrzebowałam do tego nawet zdolności telepatycznych. Właściwie pytanie miała wymalowane na twarzy i było całkiem wyraźne w jej zdenerwowanym głosie.
– Że zrobił najgłupszą rzecz w życiu, przyjeżdżając tutaj, ale równocześnie dobrze się stało – odpowiedziałam całkiem poważnie. Wzięłam wdech, a do moich nozdrzy dotarł zapach cytrynowych perfum kobiety – kupiłam je jej na dzień matki, ponieważ kimś takim dla mnie była. Odwróciłam się do Hiszpanki i rzuciły mi się w oczy jej nowo przybyłe zmarszczki. Nawet z nimi wyglądała pięknie – Czy pogniewasz się, jeśli powiem, że zamierzam z nim zamieszkać? – rzuciłam prosto z mostu. I tak by się dowiedziała dzisiaj, na to nie było rady.
– Powiem tylko, że to twój wybór i rozumiem, dlaczego tak postąpiłaś – rzekła, a potem złapała moją rękę. – Ale, Lailah. Pamiętaj, że nie masz pojęcia czym się zajmuje, nic o nim nie wiesz, a co jeśli to jakiś krętacz?
Szczerze powiedziawszy taka możliwość nie przyszła mi na myśl, a powinna. Byłam tak zaabsorbowana tymi wszystkimi nowinami, że nie pomyślałam, że to może być jakieś oszustwo. Z drugiej strony to nie mogło być możliwe; nie czytałam jego myśli, ale wiedziałam, co czuje i wydawało mi się, że nie chodzą mu po głowie żadne oszustwa ze mną związane. Przez chwilę czułam się jak pijane dziecko we mgle – całkowicie zagubiona i bezradna. Pokręciłam głową – byłyśmy już na pierwszym piętrze.
– Dam sobie radę.
– Obiecujesz? – spytała Selena zdławionym głosem. Wiedziałam, że z trudem hamuje łzy, czające się w kącikach jej oczu. – Obiecujesz, że w razie potrzeby zadzwonisz? Dasz mi znać? Że będziesz mnie odwiedzać i nigdy o mnie nie zapomnisz?
– Obiecuję – przyrzekłam grobowym tonem, a to skutecznie ucięło naszą dyskusję.
Zabrałam swoje rzeczy i zeszłam z nimi na dół, przy okazji robiąc zdjęcia wszystkiemu dookoła. Liam czekał przy drzwiach wejściowych, więc zabrał moje rzeczy podczas gdy ja żegnałam się z wychowankami sierocińca i pracownikami tejże instytucji. Większość osób wylała łzy tym samym skutecznie wytrącając mnie z równowagi i zrozumiałam, że jest mnóstwo ludzi, którzy mnie pokochali, a ja nie miałam o tym pojęcia.
Po wygłoszeniu szeregu zapewnień i obietnic, że będę ich odwiedzać, byłam już na skraju wytrzymałości, dlatego szybko podeszłam do ślicznego i niezwykle nowoczesnego auta Liama i wsiadłam.
– W porządku? – spytał mężczyzna.
Kiwnęłam głową.
– W jak najlepszym – odpowiedziałam, zdając sobie sprawę, że właśnie zakończył się pewien rozdział w moim życiu i właśnie otwiera się przede mną nowa ścieżka, którą dano mi kroczyć.
__________
Dodałam nowe piosenki do playlisty (jakby komuś chciało się tego słuchać) i pragnę nadmienić, że kilka to soundtrackt z serialu Czysta Krew.
Lai nie hejtuje swojego ojca, tylko pragnie mu  zaufać. Mówić od razu komu się to nie podoba! Miałam powód, dla którego trzeba było ich „połączyć". Albowiem trzeba odpowiedzieć na kilka pytań oraz zadać nowe, a następnie zostawić je bez odpowiedzi. Hehe.
Muszę przekonać mamę, żeby zabrała mnie w poniedziałek do lekarza, bo koszmarnie się czuję. -,-'
Droga Olu! Dobra wiadomość! Pam pojawi się w dziewiątym rozdziale, a Eric (jak wszystko dobrze pójdzie) w jedenastym, bądź dwunastym. Miłego wyczekiwania. ;)
Mam nadzieję, że nie przesadziłam z tym naszyjnikiem, bo takie wrażenie odniosłam, gdy czytałam dzisiaj ten rozdział.

Rozdział VI

Za jakieś półtorej godziny miało wzejść słońce, dlatego biegłam ile sił w nogach do sierocińca. Nogach... nie dwóch, a czterech. I nie człowiek, a piękny wilk, która zwinnie przeskakiwał nad wystającymi korzeniami. Liście szeleściły, gdy dotykałam łapami ściółki leśnej, ale zwinnie brnęłam dalej, delektując się wiatrem, świszczącym mi w uszach. W takim stanie pokonałam prawie całe Shreveport, nie bojąc się przebiegać nawet najciemniejszymi uliczkami miasta, aż w końcu stanęłam pod wiekowym budynkiem z szarej cegły. Wiciokrzew od lat brnął uparcie w górę i teraz starannie owijał moje okno – jedyne otwarte. Zawyłam niezadowolona i rozejrzałam się w prawo, a potem w lewo. Byłoby bardzo źle, gdyby ktoś zauważył, że wilk zmienia się w człowieka i wspina się do okna. Na moje szczęście nikogo nie było, więc się skupiłam i moje ciało przeszył przyjemny dreszcz. Potem wstałam i zaczęłam wspinaczkę po wiciokrzewie, który boleśnie wbijał się w moją skórę, jednakże małe skaleczenia goiły się niesamowicie szybko. Nie poczułam zmęczenia, gdy przechodziłam przez okno, aż w końcu stanęłam pośrodku swojego pokoju. Całkiem naga.
Podeszłam do okna i zaciągnęłam zasłony, by dać sobie jak najwięcej prywatności, a potem ruszyłam do dużego lustra, które stało w rogu mojego pokoju.
Od ostatnich lat nagość stała się dla mnie czymś naprawdę błahym, chociaż nikomu nie afiszowałam się swoim ciałem. Po prostu dotarło do mnie, że zwierzęta cały czas chodzą nagie, okryte wyłącznie swoim pierzem, bądź futrem i jakoś nikomu to nie przeszkadza. W zasadzie odkąd zmieniłam się pierwszy raz minęły aż trzy długie lata, podczas których na nowo próbowałam zaprzyjaźnić się z Jacksonem (od razu rzuciłam prosto z mostu, że już nigdy nie będę chciała być jego dziewczyną, a on przystał na ten warunek). Wtedy był to dla mnie szok i jeszcze jedna tajemnica do skrywania, ale po pewnym czasie zdałam sobie sprawę, że to musi być kwestia rodzinna, bo wiedziałabym, gdyby jakiś wilkołak mnie ugryzł) – ciekawa byłam, które z moich rodziców nim było.
Oprócz tych kilku szczegółów, moje życie było niemal identyczne, co wcześniej; nadal byłam powszechnie uważana za dziwaka, nie dopuściłam do siebie nikogo innego, oprócz Seleny i – co oczywiste – nadal pracowałam w schronisku (Dallas był niezmiernie zadowolony z mojego podejścia do zwierząt, ponieważ po rozbudzeniu w sobie zdolności zmieniania kształtu, zwierzęta znacznie bardziej mnie polubiły). Ale pozostało jeszcze te kilka szczegółów, między innymi patrzyły teraz na mnie, odbijając się od lustra.
Udało mi się urosnąć jakieś dziesięć centymetrów i teraz mierzyłam metr pięćdziesiąt dziewięć, moja skóra wreszcie nabrała koloru i stała się pięknie opalona na kolor jasnobrązowy, a ciemne piegi, które towarzyszyły mi odkąd skończyłam trzy latka, znikły, optycznie powiększając moje błękitne oczy. Zostałam również dumną posiadaczką pięknych kobiecych kształtów (miałam wcięcie w talii, biodra i nosiłam rozmiar stanika 70C), więc teraz już bez żadnych przeszkód mogłam mówić, że jestem ładna, a nawet piękna. Dzięki temu uzyskałam trochę pewności siebie i zaczęłam coraz częściej się uśmiechać i porzucać dawną, ponurą Lailah, z którą nikt nie chciał się zadawać. Ale powoli, bardzo powoli, ponieważ do większości rzeczy nadal nie mogłam się przyzwyczaić.
Wykonałam szybki obrót wokół własnej osi, by popatrzeć jak długie włosy wirują wraz ze mną i udałam się do łazienki, gdzie wzięłam szybki prysznic i przygotowałam się do wyjścia.
Dzisiaj były moje osiemnaste urodziny, więc zgodnie z tradycją powinnam zostać wykopana z sierocińca i spróbować radzić sobie samej. Miałam oszczędności, pracę (lichą, ale ją lubiłam) oraz Selenę, która była gotowa przyjąć mnie pod swój dach. Miałam zamieszkać u niej do czasu, aż sama nie znajdę sobie jakiegoś gniazdka.
Ubrałam się w jasne jeansy i szarą koszulkę z krótkim rękawem, na nogach widniały moje kochane trampki (niesamowicie starte, po godzinach chodzenia), włosy wyjątkowo zostawiłam rozpuszczone. Nienawidziłam, gdy były w takim stanie – zawsze mi przeszkadzały nawet w najprostszych czynnościach, ale co poradzić? Dzisiaj było moje z dawna oczekiwane święto. Z dawna oczekiwane, ponieważ zamierzałam zacząć szukać swojego ojca. Ten pomysł nie przyjął się z aprobatą, sama również nie chciałam tego robić, ale byłam ciekawa. Obiecałam sobie, że tylko zadam Liamowi kilka pytań i zniknę raz na zawsze z jego życia, dokładnie tak jak to sobie zaplanował, oddając mnie.
Nie miałam wielu rzeczy, więc mogłam się zacząć pakować dopiero teraz. Z rzeczy, które znajdowały się w tym pokoju, do mnie należały tylko ubrania, kilka zeszytów i przyborów do pisania, walizka, którą niedawno kupiłam i najpotrzebniejsze kosmetyki, takie jak mydło, szampon, pasta do zębów i szczoteczka oraz rzeczy typu maskara, puder, kredka do oczu i błyszczyk. Reszta była już tutaj, gdy przydzielono mi pokój, albo zapewniał to sierociniec – jak w przypadku prześcieradeł.
O dwunastej byłam już prawie gotowa – zjadłam śniadanie w towarzystwie pozostałych wychowanków, przetrwałam nawet życzenia urodzinowe oraz malutki tort, który kupiono specjalnie dla mnie, a potem byłam zmuszona wdać się w nudną dyskusję razem z dyrektorką sierocińca. Potem musiałam jeszcze tylko wrócić i trochę ogarnąć pokój i właśnie w takim momencie ktoś zapukał.
– Proszę! – zawołałam, wychodząc spod łóżka, gdzie zamiatałam wieloletnią warstwę kurzu. Drzwi się otworzyły i stanął w nich wysoki i umięśniony blondyn, trzymający małą paczuszkę w rękach. – Jackson! – Uradowała rzuciłam się mu na szyję. Naprawdę byłam szczęśliwa, albowiem nie widzieliśmy się od prawie pół roku – rodzice przymusowo wysłali go do babci, do innego stanu i mogliśmy kontaktować się wyłącznie telefonicznie. – Myślałam, że jeszcze jesteś w Karolinie Północnej – mruknęłam z wyraźnym wyrzutem w głosie.
– Przyjechałem kilka dni temu i chciałem ci zrobić niespodziankę – odpowiedział, tuląc mnie.
Jack również urósł – mierzył sobie jakieś sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, więc musiałam mocno zadzierać głowę, by spojrzeć w jego ciemne i pełne radości oczy. Miał również mięśnie i tak zwany „kaloryfer”, więc nie jedna dziewczyna się za nim oglądała, co (szczerze mówiąc) doprowadzało mnie do szewskiej pasji, ponieważ – poniekąd – Jack zawsze był i będzie mój. Aż do końca naszych dni. Jego włosy były ciut ciemniejsze, bo między jasnymi kosmykami widniały tu i ówdzie ciemne pasma. Były również krótsze, ale nie mniej kręcone niż gdy mieliśmy po piętnaście lat.
Oprócz tego chłopak w ogóle się nie zmienił – wciąż był dobry i radosny, niepoprawny optymista, wręcz, co również mnie czasami wkurzało, ale kochałam tę jego cechę. Starał się uszczęśliwiać wszystkich naokoło, nie zważając na swoje uczucia... i chyba nadal coś do mnie czuł.
Z reguły rzecz biorąc nie powinniśmy się już tak przyjaźnić jak kiedyś, a powodów było kilka; zerwanie, jego rodzice oraz wybór szkół. Jack skończył jedną z najlepszych szkół średnich w Shreveport i dostał się na świetną uczelnię, do której miał zacząć uczęszczać na jesień. Ja z trudem dałam sobie radę w szkole do tej osiemnastki i wiedziałam, że na studiach byłoby mi okropnie. Mnóstwo nastolatków, którzy w kółko się upijają i myślą tylko o seksie. (Byłam już raz, czy dwa razy pijana i doskonale wiedziałam, że nie potrafię wtedy panować nad swoim upośledzeniem, a wtedy docierały do mnie myśli, których za wszelką cenę nie życzyłam sobie słyszeć). Dochodziło jeszcze zmęczenie psychiczne ogromem nauki.
Chłopak wypuścił mnie z objęć swoich ciepłych i silnych ramion, a następnie zaczął przyglądać się krytycznie. Gdy tak robił miał w zwyczaju lekko marszczyć nos, co wyglądało naprawdę zabawnie. Uśmiechnęłam się lekko, gdy wspomnienia wszystkich wspólnie spędzonych chwil ożyły w moim umyśle.
– Wyładniałaś – powiedział po dłuższej chwili milczenia. Wziął do ręki kosmyk moich włosów. – Włosy ci urosły. Wiesz jakie są ładne? Takie gęste i lśniące – rzekł poważnym tonem, – przypominają pióra kruka, które mienią się tysiącem tęczowych kolorów, Lai.
– Naprawdę? – zdziwiłam się. Nigdy nie wpadłabym na takie porównanie, w ogóle nie zaprzątałam sobie głowy moimi włosami. Te rzeczywiście mogły urosnąć, ponieważ od kilku lat przycinam tylko końcówki na centymetr lub dwa i nic więcej, dlatego mogą rosnąć do woli i w ten sposób sięgają mi już odrobinę poniżej pasa.
Jackson kiwnął głową i uśmiechnął się szeroko. Złapał mnie za rękę i usiadł na pustym już łóżku, ciągnąc mnie za sobą. Wtedy podał mi kolorową paczuszkę, którą trzymał w dłoniach.
– Wszystkiego najlepszego, Lailah, żeby ci się w życiu jakoś ułożyło – mruknął i cmoknął mnie w policzek, a ja zaczęłam rozpakowywać prezent. Nie powiem byłam zaskoczona, że stanął w moich drzwiach i naprawdę ucieszył mnie fakt, że o mnie nie zapomniał. Dostałam aparat cyfrowy, ale nie byle jaki, a najlepszy, z tych, które znajdują się na rynku! – Dzięki temu będziesz mogła robić zdjęcia i wysyłać mi je mailem. Będziemy w stałym kontakcie, gdy ja wyjadę do Kalifornii – mówiąc to posmutniał. Mnie również nie uśmiechała się wizja jego wyjazdu, ale pocieszałam się tym, iż Jack nie musi mieć równie spieprzonego życia, co ja. Kto wie? Może na jednym z wykładów pozna miłość swego życia i zapomni o mnie?
Serdecznie go wyściskałam, sprytnie ignorując smutek na jego przystojnej twarzy.
– Jest świetny – zapewniłam, włączając aparat i robiąc pierwsze zdjęcie; mój przyjaciel z niebanalnie głupią miną. Zaśmiałam się i obiecałam sobie, że nigdy nie usunę tego zdjęcia. – Choć musiałeś wydać fortunę na taką sierotę, jak ja.
Zbył mnie machnięciem ręki.
- Dla ciebie warto było oszczędzać – rzekł. – Poza tym babcia się dołożyła, gdy usłyszała jak wiele dla mnie znaczysz.
Uśmiechnęłam się lekko, chociaż w sercu poczułam rozdzierający ból. To jasne, że nie jestem mu obojętna, ale czy naprawdę muszę być taka ważna w jego życiu? Dlaczego kobiety i mężczyźni nie mogą się normalnie przyjaźnić, żeby nie pojawiło się między nimi pożądanie albo zauroczenie? To chore.
– Czy mogę spytać jak się miewa twój dar? - wypalił, a mnie natychmiast zrzedła mina. Nigdy w życiu nie nazwałabym czytania w myślach darem. Upośledzeniem, mocą, ale czy „darem”? Mimo wszystko odpowiedziałam:
– Nie muszę się już wysilać, by nie słyszeć czyichś myśli – odparłam sztywno. – I nie męczę się już tak jak dawniej. Potrafię nawet – w pewnym stopniu – zapanować nad natłokiem myśli, gdy ktoś mnie dotyka.
– Ze mną też tak masz? Też słyszysz wszystko, co przeżyłem?
– Z tobą jest inaczej – stwierdziłam. – Z tobą i Seleną, bo was znam od najmłodszych lat, więc sama występuję w wielu wspomnieniach. Ale, odpowiadając na twoje pytanie, tak. W pewnym sensie też tak jest.
– Wiesz o mnie wszystko?
– Wiedziałabym nawet bez tego... daru, jak to nazwałeś.
Zapadła długa cisza, która w niczym mi nie przeszkadzała, a nawet odprężała. Wstałam i zaczęłam chodzić po pokoju, robiąc tu i ówdzie zdjęcia, które miały się stać moją pamiątką na nadchodzące lata. Równocześnie zaczęły mnie nachodzić wątpliwości; co jeśli sobie nie poradzę? Co jeśli ten wielki świat pożre mnie żywcem? Nie mam wykształcenia – napisałam maturę na dość wysoką liczbę punktów, ale nie rozpocznę studiów, co już przekreśla moją przyszłość. Mogę, co najwyżej, zostać sprzedawczynią w sklepie spożywczym, albo do końca życia zajmować się bezpańskimi zwierzętami w schronisku Dallasa. Potrafię rysować, więc mogłabym się zgłosić na policję w celu szkicowania portretów pamięciowych (czytanie w myślach stałoby się wtedy niezwykle przydatne), ale kto wie, czy i do tego nie potrzebne są studia?
Poczułam się przytłoczona, więc przestałam robić zdjęcia i ponownie usiadłam na swoim łóżku, tuż obok najlepszego przyjaciela. Przyciągnął mnie do siebie i ostrożnie objął, jakbym była cała ze szkła lub porcelany. Uderzyły we mnie nie jego wspomnienia i uczucia, które tak pragnął zamaskować: radość, że mnie w końcu widzi, smutek na myśl, że będziemy musieli się rozstać, zdeterminowanie i coś jeszcze. Coś, czego sama nie potrafię zidentyfikować, ponieważ sama nigdy nie czułam takiego czegoś. Pod pewnymi względami byłam równie niedoświadczona, co dziesięciolatka.
– Czy teraz też słyszysz moje myśli? – wypalił po chwili Jack, jeszcze mocnej mnie ściskając, jakby się bał, że mogę zaraz wyparować.
Pokręciłam gwałtownie głową, wyczerpana tym tematem. W głowie kołatało mi się pytanie: Dlaczego nie możemy przestać o tym rozmawiać?
– Nie, bo tego nie chcę.
– To dobrze – stwierdził zdenerwowanym głosem. – Przynajmniej nie wiesz, co mam zamiar zrobić.
Odwróciłam się zaciekawiona w jego stronę, a wtedy chłopak pochwycił moją twarz w swoje ciepłe dłoni i złożył na moich ustach pocałunek. Nie robił tego tak, jak wtedy, gdy byliśmy parą – wtedy to były zaledwie cmoknięcia w usta, a teraz on mnie naprawdę pocałował, więc to był mój pierwszy pocałunek. Usta miał ciepłe i niezwykle miękkie i to one pochłaniały cała moją uwagę. Natychmiast zaczęły mi się pocić dłonie, więc wytarłam je o spodnie i bezwiednie zanurzyłam je we włosach chłopaka. Jakby z oddali dobiegł mnie jakiś cichy jęk i dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że to ja go wydałam. Byłam nastolatką, więc to jasne, że hormony natychmiast się we mnie rozszalały, a tama puściła, przepuszczając wszystkie jego myśli, które resztkami zdrowego rozsądku odpierałam. Dowiedziałam się o tych wszystkich latach, kiedy to Jackson był we mnie szaleńczo zakochany, a ja niemal nie zwracałam na niego uwagi. Wyczułam jego pożądanie i nadzieję na to, iż znowu będziemy mogli stworzyć parę.
Bez reszty zatraciłam się w pocałunku, więc ledwie zarejestrowałam dźwięk otwieranych drzwi, a kiedy Selena weszła do pokoju, oderwaliśmy się od siebie jak oparzeni. Natychmiast zaczęłam wpatrywać się we własne dłonie – ponownie spocone.
– Dzień dobry, Jackson – przywitała się pogodnie moja opiekunka. Widać bardzo się ucieszyła, widząc nas. – Czy mogę porozmawiać z Lailah?
– Właściwie już wychodziłem.
Pochwyciłam jeszcze jedno jego spojrzenie, które znaczyło tak wiele, ale zignorowałam je. Marzyłam, żeby już poszedł.
Po chwili wyminął Selenę w drzwiach i usłyszałam jego kroki na schodach, które momentalnie zagłuszyły wrzaski dzieciaków.
Pani Garza przyglądała mi się przez chwilę. Tak, pani Garza. Jakiś czas temu Selena poznała chłopaka i od półtorej roku stanowili małżeństwo. Tyler był z pochodzenia meksykaninem, ale mieszkał w Shreveport od urodzenia. Był moim nauczycielem w liceum i to właśnie tam poznała go Selena – podczas jednej z wielu wywiadówek, których nie cierpiałam. To u nich miałam mieszkać, co również mi się niezbyt uśmiechało, ale przecież Selena była z nim szczęśliwa – nie miałam powodów, by okazywać niechęć byłemu nauczycielowi.
– O czym chciałaś porozmawiać? – spytałam zniecierpliwiona. Kobieta przygryzła dolną wargę.
– Masz gościa.
Byłam zaskoczona; w ciągu minionych osiemnastu lat nikt nie chciał mnie adoptować, a tym bardziej odwiedzać. Nie znałam nikogo, kto mógłby teraz...
Skamieniałam i zerknęłam w okno. Było przecież popołudnie, więc On nie mógł po mnie przyjść. Tylko ta myśl mnie pokrzepiała, gdy szłam za Seleną w stronę pokoju, w którym zwykle odbywały się spotkania z krewnymi. Dzieciaki milkły na mój widok i podszeptywały – one również wiedziały, że nigdy nie miewam gości. Było to pomieszczenie w kształcie litery L i po obu końcach miał wejścia. Stoły były ustawione na środku i dostawiono do nich krzesła. Przez okna wpadało mnóstwo światła słonecznego, które oświetlało przybysza, siedzącego na jednym z pustych krzeseł. Gdy tylko drzwi się otworzyły – wstał i mogłam mu się przyjrzeć. Był średniego wzrostu, więc nie musiałam się wysilać, by na niego spojrzeć, ale był przystojny. Opalony na lekki brąz, z wydatnymi kośćmi policzkowymi jego twarz wydawała się być niemal egzotyczna. Miał krótkie, ale czarne włosy, w których zauważyłam kolorowe przebłyski, jak u kruka. Przypominał mi kogoś z tymi ustami, ułożeniem oczu, małym, zadartym nosem, dumną postawą i drapieżnym błyskiem w brązowych oczach.
Selena położyła mi dłonie na ramiona. Czułam, że jest naprawdę bardzo spięta, a ja nie wiedziałam dlaczego. Może to był policjant, a ja wpadłam w kłopoty? Ale jakie? Przyłapano mnie na piciu? Może ktoś doniósł, że czasami popalam skręta? Nie jestem narkomanką, ale gdy nie potrafię już sobie poradzić, kupuję jednego, czy dwa i palę. W sumie mogłabym się tego łatwo dowiedzieć, ale nie chciałam ingerować w prywatne myśli mojej opiekunki.
– To jest Lailah. Lai, to jest... – urwała i milczała, jak gdyby ktoś zakleił jej usta – Zostawię was samych.
Poczekałam, aż zamkną się za nią drzwi, a potem oparłam dłonie na biodrach, przybierając groźną postawę i spytałam już naprawdę zdenerwowana:
– Kim pan, do cholery, jest?
Mężczyzna podszedł i podał mi rękę. Podobieństwo do kogoś było mocno wyraźne, ale nie mogłam skojarzyć, do kogo. Odpowiedź przyszła sama.
– Liam Thomas, twój ojciec.
__________
Tak... To już rozdział szósty, a zarazem pierwszy części drugiej! Może być według mnie, ale bardziej podoba mi się dziewiąty. Hehe.
Jak tam drugi tydzień szkoły? Ja już miałam kartkówki, a czekają mnie kolejne, razem ze sprawdzianami...
Jak tylko znajdę więcej czasu, to pouzupełniam zakładki.

Rozdział V

W normalnych okolicznościach ze zdenerwowania dostałabym czkawki, ale to nie były normalne okoliczności. Świat powariował. Bóg zwariował. Najpierw musiałam uporać się ze swoim upośledzeniem, potem poznałam wampiry, a teraz sama zmieniłam się w wilka! Może nie było to dla mnie normalne, ale w jakimś chorym sensie, było to naturalne dla mojego ciała. Wiedziałam to, a raczej czułam.
Wyskoczyłam ze sterty swoich ubrań, a wtedy zając się ożywił. Skakał obok mnie, trącał mnie nosem, chciał się ze mną bawić! Chciałam się zaśmiać, ale nie potrafiłam, więc po prostu przystałam na propozycję zwierzęcia. Razem ganialiśmy się po całej Łączce, co wydawało mi się bardzo dziwne, ale nie chciałam przerywać. Przecież zawsze to mógł być tylko sen, prawda? Może za chwilę obudzę się w swoim pokoju, z promieniami słońca na twarzy, a takie coś jak wampiry nie będzie istnieć? Może się okaże, że nie spotkałam nigdy żadnego Erica i Pam?
Ale, gdy minęło kilka godzin zrozumiałam, że to nie jest sen, a rzeczywistość. Powoli zaczynałam wpadać w panikę i zamarzyłam o tym, by znów stać się sobą. Jednak nie potrafiłam, nie wiedziałam jak to zrobić. Jak znów przybrać swój własny kształt. Miałam ochotę zaszlochać, zapłakać i krzyczeć wniebogłosy. Chciałam znów być zwykłym dziwakiem.
Poczułam przyjemne mrowienie, które zaczynało się w strefie intymnej mojego ciała, co była dla mnie nowe i niezrozumiałe, a potem rozprzestrzeniło się na całe ciało i po chwili zdałam sobie sprawę, że siedzę na trawie i przyciskam dłonie do twarzy, tłumiąc szloch. W siedzeniu nie byłoby nic dziwnego, gdyby nie fakt, że byłam rozebrana do rosołu.
Z gniewnym okrzykiem zerwałam się ze swojego miejsca i podbiegłam do koca. Ze złością wkładałam bieliznę, ubrania i obuwie, aż dostałam okropnej czkawki. Nawet nie próbowałam się jej pozbyć; doskonale wiedziałam, że nic mi nie pomoże – gdy się już uspokoję, to sama zniknie.
Sama nie wiedziałam, co się ze mną działo; raz wrzeszczałam jak opętana, płosząc wszystkie zwierzęta w promieniu dziesięciu kilometrów, raz śmiałam się histerycznie, a raz płakałam jak małe dziecko, co mnie bardzo denerwowało. Nie lubiłam płakać, to był czysty przejaw słabości, a ja już płakałam tego dnia i nie chciałam tego więcej.
Straciłam poczucie czasu, ale w końcu udało mi się zapanować nad złością i bezradnością, które zagościły w moim sercu, spakowałam swoje rzeczy do torby, którą przewiesiłam przez ramię i głośno tupiąc, wyszłam z lasu.
Kiedy stałam już na skraju Shreveport, zrozumiałam, że nie mam żadnego planu. Nie mogłam zwrócić się do Jacka, ponieważ podobno zerwaliśmy. Nie chciałam mieszać w to Selenę, ponieważ sama nie miałam pojęcia, co się ze mną dzieje. Tak więc stałam i wpatrywałam się w malusieńką metropolię, w której się wychowałam. Często się włóczyłam po tych ulicach, więc wiedziałam, gdzie nie warto zaglądać, bo ktoś może cię zaczepić. Znałam każdą kryjówkę i przejście, ale teraz nie miałam dokąd się udać. Do sierocińca? Nie, nie zamierzałam siedzieć cały dzień w swoim pokoju i użalać się nad... swoją nową przypadłością. Przez myśl mi nawet przeszło (musiałam być naprawdę zdesperowana, skoro o tym pomyślałam), czy aby nie zwrócić się do Erica. Prawdopodobnie by mnie wyśmiał, ale może wiedział, co ze mną jest nie tak? Jednak natychmiast przypomniałam sobie jego krew w moich ustach i poczułam silne obrzydzenie. To również odpada.
W takim razie schronisko.
Była niedziela, więc teoretycznie schronisko powinno być zamknięte, ale przecież ktoś musiał wyczyścić klatki i nakarmić zwierzęta, prawda? One nigdy nie zostają same na dłużej niż dwanaście godzin, bo wtedy „ktoś” by się dowiedział i doniósł na policję, że Dallas zaniedbuje zwierzęta, a wtedy on mógłby trafić do więzienia, bądź zapłacić bardzo wysoką grzywnę, a tego chyba nie chciał.
Wolnym krokiem przemierzałam uliczki, aż stanęłam na (prawie) pustkowiu, otoczonym drucianą siatką i niedziałającym szyldem, obwieszczającym, że to „Dom dla bezdomnych psów i kotów”. Głowna brama była oczywiście zamknięta, ale to nie był dla mnie żaden problem i tak prawie nigdy z niej nie korzystałam. Szłam wzdłuż siatki, aż natrafiłam na znacznie mniejsze drzwi, które już zdążyły przerdzewieć. Nacisnęłam klamkę i pchnęłam ile sił, ponieważ były uparte i nie chciały się otwierać dla byle kogo. To oznaczało, ze ktoś już tu jest.
Uciążliwe szczekanie słyszałam już z daleka, ale teraz znacznie się pogorszyło; wszystkie dźwięki przybrały na sile i doprowadzały mnie do szału.
Klatki z psami stały na zewnątrz i były poustawiane tak, że idąc pomiędzy dwoma ich rzędami, szło się do głównego biura, w którym zwykle przesiadywał Dallas. Wyczułam, że teraz w tym właśnie budynku przebywa jedna osoba, ale nie zagłębiałam się w ten temat.
Ruszyłam wzdłuż klatek, kierując się do psa, którego lubiłam najbardziej. Była to stara suczka, która mogła na dniach umrzeć. Kiedy mnie wyczuła, podniosła się ciężko ze swojego posłania i ruszyła do prętów. Kucnęłam, otworzyłam klatkę i zaczęłam się witać z suczką. Nie miała imienia, a ja jej go nie nadawałam, bo wiedziałam, że już za bardzo przywiązałam się do psa.
– Cześć, kochanie – powiedziałam, głaszcząc ją za uchem. – Co u ciebie słychać?
– Nie narzekam, choć przydałyby mi się wakacje – odpowiedział mi ciepły głos. Podskoczyłam i odwróciłam się do Dallasa. Był niskim i krępym mężczyzną o dobrotliwej twarzy w kształcie serca. Miał zakola i gęste wąsy, ale to był najmilszy mężczyzna jakiego spotkałam. – A co ciebie tu sprowadza?
Roześmiałam się bez przekonania.
– Własna niedola, proszę pana.
– Taka młoda dziewczyna nie powinna w ogóle znać takiego słowa – odpowiedział, również głaszcząc suczkę. – Założę się, że nie masz ochoty mi o tym mówić? – Pokręciłam lekko głową, ale on się tym nie zmartwił. – Na pewno wszystko się ułoży. Nie martw się, Lailah.
– Naprawdę? – spytałam cicho. Chciałam się uspokoić, pokrzepić stwierdzeniem, że wszystko rzeczywiście będzie dobrze.
– Naprawdę – potwierdził. Zamknął suczkę z powrotem w klatce – Już zamykałem, a za godzinę ma się tu zjawić Patrick. Może już pójdziemy? Zapraszam na lody.
Uśmiechnęłam się.
I poszłam.

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ

__________
Nareszcie koniec części pierwszej! Szczerze, to mam jej po dziurki w nosie, ponieważ znacznie bardziej spodobała mi się druga.
Za szablon dziękuję Lizz Kaviste. bardzo mi się podoba i nie ukrywam tego. xD

Rozdział IV

Nazajutrz rano obudziłam się ze świadomością, że nic mi się nie chce, a cały świat jest do bani. Tego dnia wszystko było na swój sposób inne. Dźwięki głośniejsze i wyraźniejsze, światło jaśniejsze, wszystko wydawało bardziej wyczuwalny zapach. A potem dotarło do mnie, co się wydarzyło poprzedniego dnia.
Najpierw spotkałam się z Jacksonem, który zauważył, że nie możemy być dalej parą. Zabolało, ale przyjęłam to do wiadomości, a nawet zerwałam z naszą przyjaźnią. Wiedziałam, że po naszym „związku” nigdy już nie będzie tak jak dawniej, że między nami pojawi się zażenowanie, a potem tak, czy siak przestaniemy się ze sobą zadawać. Dopiero po zmroku ruszyłam się z Łączki w stronę sierocińca. Wtedy poznałam zaskakującą parę, która okazała się być wampirami! Nie wiedzieć czemu, wygadałam Ericowi, że czytam z ludzkich głów jak z książki, a on napoił mnie swoją krwią i zniknął.
No właśnie... napoił mnie swoją krwią. Słońce nie robiło mi krzywdy, a jedynie oślepiało, nie czułam potrzeby, by zasmakować czyjejś krwi, więc nadal byłam człowiekiem. Czyli to krew musiała być przyczyną nienaturalnego wyostrzenia zmysłów.
Zerknęłam na budzik, leżący na szafce nocnej tuż przy wezgłowiu mojego łóżka. Była dwunasta, większość wychowanków sierocińca już nie spała, ale zdarzały się takie śpiochy jak ja. Usiadłam i oparłam się o poduszki, próbując przypomnieć sobie jak dotarłam do ośrodka. Okazało się wtedy, że jest później niż myślałam i prawie wszyscy już spali. Otrzymałam reprymendę od dyrektorki, która kazała mi przysiąc, że już nigdy nie spóźnię się na godzinę policyjną. Szkoda tylko, że nie zauważyła jak krzyżuję palce za plecami. Byłam wykończona, więc jak przez mgłę zarejestrowałam zaniepokojone spojrzenie panny Seleny i powlokłam się do swojego pokoju. Na szczęście mieszkałam sama, ponieważ nikt nie chciał przebywać z dziwakiem. Zrzuciłam ubrania na podłogę i w bieliźnie weszłam do łóżka, gdzie zwinęłam się w pozycji embrionalnej. Leżałam tak kilka godzin, aż budzik nie pokazał, że jest już po północy. Wtedy na przekór wszystkim swoim zasadom i obietnicom, zaczęłam cicho płakać. Płakałam tak długo, aż zabrakło mi łez, a wtedy skrajnie wykończona – zasnęłam.
Wstałam z łóżka i ruszyłam do łazienki. Nie każdy pokój takową posiadał, ale znaczna większość. Znajdowały się między innymi w pokojach opiekunów i innych pracowników, którzy tu mieszkali. Na końcu korytarza każdego piętra, również umieszczono dwie łazienki; jedna dla dziewczyn i jedna dla chłopców, ale tych rzadziej używano. Tak więc, bycie odmieńcem ma swój kolejny plus. Mam łazienkę wyłącznie do własnej dyspozycji.
Wrzuciłam bieliznę do specjalnego kosza na brudne ubrania z karteczką „Lailah Thomas, pokój 14” i weszłam pod prysznic. Gorące strumienie wody działały kojąco na moje zszargane nerwy i odprężały spięte mięśnie. Odpychałam od siebie Erica i Pam, chciałam o nich zapomnieć. O nich, a także o obietnicy jaką mi złożyli. „Jeszcze się spotkamy”, powiedział blondyn, co przerażało mnie bardziej od faktu, że wampiry naprawdę istnieją.
Gdy wróciłam do swojego pokoju ubrałam pierwsze lepsze dżinsy i bluzkę, wytrzepałam z wczorajszego ubrania resztkę roślinności leśnej i również wrzuciłam je do kosza. Wysuszyłam i rozczesałam swoje długie, czarne włosy, które zaplotłam w warkocz, umyłam zęby i pomalowałam oczy kredką. Chciałam wyjść jak najszybciej, więc zabrałam swoją torbę i wrzucałam do niej potrzebne rzeczy; portfel z pieniędzmi nielegalnie zarobionymi w schronisku dla zwierząt (właściciel był przyjacielem Seleny, która zaręczyła, że nic nie zrobię, toteż nie wpakowywałam się tam w kłopoty), kilka opakowań chusteczek, klucze z pokoju, stara empetrójka, słuchawki, mały kocyk z Kubusiem Puchatkiem (był jedyną rzeczą, jaka pozostała mi po ojcu) i wiele innych rupieci, a następnie wyszłam z pokoju, uprzednio zamykając wszystkie okna i drzwi. Odwróciłam się w stronę schodów, ale właśnie wchodziła nimi panna Selena. Nic się nie zmieniła od czasu, gdy miałam siedem lat. Nadal była piękną Hiszpanką o krótkich włosach i brązowej skórze, ale wokół oczy przybyło jej kilka zmarszczek.
Nieczęsto zdarza się, że nazywamy kogoś panną, tak jak teraz Selenę. Wzięło się to stąd, że swoją pracę zaczęła w bardzo młodym wieku, toteż każdy starszy pracownik zwracał się do niej per „panno”, a rzadziej „panienko”. Mówimy jej raczej po imieniu, ale „panna” stało się już częścią jej osobowości. Nie wiem, co się stanie jeśli wyjdzie za mąż i trzeba będzie ją nazywać „panią”.
– Dzień dobry – przywitałam się bez szczególnego entuzjazmu. Kobieta uniosła głowę i przyjrzała mi się badawczo.
– Cześć, Lai. – Nie zareagowałam, chociaż „Lai” nie było moim ulubionym przezwiskiem. Wszyscy wiedzieli, że nikt nie ma prawda tak mnie nazywać, ale istniało kilka wyjątków. Byli nimi Selena i Jack. Poza tym słowo „Lai” kojarzyło mi się z Japonią, bądź Chinami, a szczerze nienawidzę obydwóch krajów. – Czy możemy porozmawiać?
Skinęłam głową na znak zgody, chociaż nie bardzo miałam ochotę wysłuchiwać jej kazań, którymi mnie pewnie uraczy. Selena poprowadziła mnie do swojego pokoju, a ja odkryłam kolejny plus z wypicia wampirzej krwi; a mianowicie znacznie łatwiej było mi się uporać z moją „mocą”. Gdy tylko usłyszałam pierwszy szept po hiszpańsku mury obronne postawiły się niemal samoistnie i przyszło mi to nie tylko z niewyobrażalną łatwością, ale i również bezboleśnie, co było miłą odmianą.
– Jesteśmy same – powiedziała Selena, kiedy usiadła na starym fotelu. Ja rozgościłam się na drugim i od razu poczułam tę nieznośną sprężynę. Już wcześniej yo zauważyłam, gdy mojego umysłu nie atakowały dziesiątki zbędnych myśli. – Panie Jeffrey i Campbell zabrały każdego, kto chciał, na lody, a potem na wycieczkę do zoo. Stwierdzono, że masz szlaban, więc nawet cię nie budziłam.
Skinęłam głową, zapatrzona w swoje dłonie. Szczerze mówiąc, wisiało mi, czy wezmą mnie na te lody, czy nie. Sama mogłabym je sobie kupić, a zwierząt mam dość. Wystarczą mi bezpańskie koty i psy w schronisku.
– Kiedy znowu masz zmianę w schronisku? - spytała kobieta.
– Dano mi kilka tygodni wolnego. „Mam się cieszyć wakacjami” – zacytowałam właściciela schroniska, Dallasa. Uniosłam głowę i przyjrzałam się opiekunce. Wyglądała jakby w ogóle nie spała (może to ja nie dałam jej spać, bo tak głośno płakałam?), miała ciemne sińce pod oczami, fryzura była w nieładzie, a twarz bardzo zmęczoną. Nagle poczułam wyrzuty sumienia, bo to rzeczywiście była moja wina. Selena była jedyną osobą w sierocińcu, która mnie kochała i nie nazywała za plecami dziwadłem, a ja odpłacam jej się jeszcze większymi zmartwieniami. – Ale chyba nie o tym chciałaś pogadać – Nie było to pytanie, a stwierdzenie, lecz i tak kobieta kiwnęła głową.
– Wczoraj wróciłaś bardzo późno – zaczęła. – Nie byłoby w tym nic dziwnego, ale wydawałaś się być... przestraszona. – Selena pochyliła się w moją stronę i chwyciła mnie za rękę. Wspomnienia z czasu, kiedy mnie wczoraj nie było zaczęły napierać na mur, ale nawet go nie zarysowały. Nie usłyszałam nic, a nic. – Wiesz, że jeśli coś jest nie tak, to mnie możesz zawsze powiedzieć.
Milczałam, rozważając jej słowa. Martwiła się o mnie, kochała mnie przez całe moje życie. Jest dla mnie bardzo ważna, więc czy mogłabym ją wciągać w swoje sprawy? Powiedzieć, że zaczepił mnie wampir i powiedział „Jeszcze się spotkamy”?
Nie. Kto wie, czy by mi uwierzyła. A poza tym, gdyby wampiry (jak to dziwnie brzmi, nawet w mojej głowie) chciałyby się ujawnić, to pewnie zrobiłyby to już jakiś czas temu, prawda? Nie mogłabym narażać Seleny na gniew Erica – był groźny i konsekwentny. Poznałam go (w pewnym sensie) i wiedziałam, że nie omieszkałby zabić niewygodną dla siebie osobę.
Dlatego pokręciłam głową, a potem przeskoczyłam na temat całkowicie błahy.
– Jack i ja. Zerwaliśmy. – Trudno tu mówić o zerwaniu, skoro nie było się nawet prawdziwą parą.
– Lailah! – zawołała Selena, zrywając się z fotela. Natychmiast mnie przytuliła. – Dlaczego? Co się stało?
– Właściwie to nic – mruknęłam nieco zażenowana. – Jego rodzice zapragnęli uchronić swojego synka przed demoralizacją – Wzruszyłam ramionami i wyplątałam się z objęć kobiety. Wstałam z fotela. – Czy mogę sobie już iść? Gdzieś się powłóczyć?
Selena przyglądała mi się przez chwilę, a potem kiwnęła głową. Złapałam swoją torbę, przewiesiłam ją przez ramię i ruszyłam w stronę drzwi, przy okazji się żegnając.
Wyszłam z sierocińca i ruszyłam w stronę najbliższego sklepu spożywczego, w którym kupiłam cały zapas słodyczy i czegoś do picia. M&M'sy, żelki, czekolada, batoniki, pepsi – od koloru do wyboru i ruszyłam na Łączkę. To był mój azyl, w którym nic mi nie groziło. Zwierzęta trzymały się ode mnie z daleka, słońce z łatwością mnie pieściło i było tak cicho... Żadnych niepożądanych intruzów, którzy mogliby mi złamać serce...
Rozłożyłam czerwony kocyk na trawie i się na nim położyłam, chociaż prawie całe nogi były zanurzone w zielonej trawie. Bluzę złożyłam i włożyłam pod głowę, niczym poduszkę, a potem zaczęłam się objadać łakociami, na które wydałam prawie całe pieniądze. Nie myślałam o niczym, po prostu przyglądałam się drzewom, trawie, baraszkującym zwierzętom, aż poczułam taką błogość, o jakiej nigdy mi się nie śniło. W pewnej chwili odłożyłam do torby rozpoczętą paczkę żelków i wyjęłam małą kwadratową paczuszkę. W rzeczywistości było to lusterko, w którym nieraz się przeglądałam – nie byłam płytka, po prostu musiałam mieć pewność, że mój wygląd się nie zmienił. Chciałam wiedzieć, czy osoba, którą widzę w srebrzystej tafli jest mną. To głupie, ale nic na to nie poradzę. Postawiłam lusterko na kocu i zaczęłam się sobie przyglądać; warkocz z czarnych włosów zwisał z ramienia i zwijał się tuż przy klatce piersiowej, blada jak na mieszkańca Luizjany twarz nie należała do dziecka ani do nastolatki, pod błękitnymi oczami widniały ciemne piegi. Nie wiem, czy byłam ładna, nikt mi tego nie mówił, a sama ocenić nie potrafiłam, ponieważ widziałam znacznie urodziwsze dziewczyny ode mnie. Jednak brzydka nie byłam, to wiedziałam na pewno.
W pewnym momencie z lasu przykucał szary zając. Oderwałam wzrok od lusterka, usiadłam i z ciekawością przyglądałam się ssakowi. Kto by pomyślał, ale wcale się mnie nie bał, tylko patrzył na mnie wyczekująco swoimi szklistymi oczkami w kolorze bezdennej czerni, co mnie odrobinę zaniepokoiło. Nieczęsto zdarza mi się, że dzikie zwierzęta podchodzą do mnie i patrzą na mnie, patrzą, patrzą i patrzą – jakby na coś czekały. Pytanie tylko na co?
Parsknęłam krótkim śmiechem, nie wiedząc czy mam płakać, czy śmiać się z własnej głupoty i powoli wyciągnęłam rękę ku zajączkowi. Ten tylko pociągnął śmiesznie noskiem oraz zatrzepotał uszami, ale poza tym był nadal w bezruchu.
– Co jest, mały? Hm? – spytałam go, dotykając jego aksamitnego futerka. Zając czmychnął od mojej dłoni i skoczył na moje kolana, co skwitowałam króciutkim piskiem. – W co ty grasz?
Nie ruszał się, co mnie zaczęło naprawdę martwić. Tylko patrzył na mnie swoimi oczami i od czasu do czasu poruszał noskiem i uszami. Nie starałam się nawet go pogłaskać – byłam jak zahipnotyzowana. Jak podczas rozmowy z Pam; byłam zafascynowana i przerażona jednocześnie.
Nagle doznałam bolesnych torsji. To zaczęło się tak nagle, że nawet nie zdążyłam zareagować – po prostu się pojawiły. Jęknęłam, zginając się w pół i zrzucając z kolan zająca, który nadal mi się przyglądał. Wszystkie te łakocie, które zjadłam musiały mi zaszkodzić, bo nagle poczułam jak żołądek wywraca mi się na drugą stronę, a jego zawartość wędruje mi do gardła. Poczułam posmak kwasu, więc przetoczyłam się po kocu i pochyliłam, ale nie zwymiotowałam. Po chwili całe moje ciało zaczęło mnie mrowić i doznałam najdziwniejszego uczucia w życiu; miałam wrażenie, że zaczęłam się kurczyć w sobie, moje kości przechodziły całkowitą transformację, zrobiło mi się cieplej, a świat zaczęłam postrzegać całkowicie inaczej.
Torsje ustały, więc z ulgą otworzyłam oczy i zauważyłam pyszczek zajączka zaledwie centymetry od mojej twarzy. Chciałam krzyknąć, ale z moich ust wydał się tylko pisk, jaki wydają psy, którym nastąpi się na ogon. Odwróciłam głowę i zauważyłam, że leżę w stercie ubrań, które jeszcze przed chwilą miałam na sobie. Pociągnęłam nosem i poczułam... wszystko, jakby las zaczął na nowo żyć.
Kątek oka dostrzegłam odbicie w lusterku, które pozostawiłam na kocu. Ze zwierciadła spoglądał na mnie najprawdziwszy wilk! Miał średniej długości sierść o niebanalnym kolorze – była czarno – biała, poprzetykana szarymi łatami, jego oczy były wielkie i błyszczały złotawo. Uniosłam głowę i wilk zrobił to samo. Zastrzygłam uszami i uświadomiłam sobie prawdę.
Kuźwa.
__________
Haha. Zaraz się chyba zabiorę za pisanie ósmego rozdziału!
Cóż z tego, co pamiętam ten rozdział był pisany „na siłę", więc się nie czepiać jego złej jakości. -,-'

Rozdział III

W ciszy i skupieniu przemierzałam ciemne ulice Shreveport. Specjalnie trzymałam się tych głównych, tym samym nadkładając drogi, ponieważ w bocznych uliczkach czają się podejrzane typy. I gdy mówię „podejrzany typ” to mam na myśli naprawdę dziwnego gościa. Ponurego i bladego jak kreda szkolna, o zgarbionych plecach. Zdarzało mi się takiego spotkać, ale nigdy nie zwracał uwagi na dziecko, a na dorosłego, który zmierzał do domu. Czasami słyszałam krzyki, a wtedy zawsze brałam nogi za pas. Nie chciałam być następna w kolejce.
Żeby dojść do sierocińca musiałam w końcu skręcić w tę znienawidzoną boczną uliczkę, tuż przy magazynie, w którym znajdował się klub nocny. Zwykle miałam to szczęście, że było tu pełno ludzi – nawet zalanych w trupa – więc jako tako mogłam pozwolić sobie na zmniejszenie ostrożności, jednakże tej nocy klub był zamknięty.
Stanęłam nieruchomo pośrodku chodnika, zaledwie trzy, bądź cztery metry od metalowych drzwi i przekrzywiłam głowę w bok. Wydawało mi się, że jednak coś słyszę, rozmowę, ale zaraz potem pokręciłam głową i ruszyłam dalej. Na sto procent mi się przesłyszało, nie miałam przecież prawa mieć takiego słuchu. Słuchu, który pozwoliłby mi być świadkiem rozmowy za drzwiami zamkniętymi cztery metry dalej.
Przeszłam zaledwie kilka metrów, kiedy drzwi otworzyły się z trzaskiem, który mógłby obudzić nawet zmarłego. Przestraszona, odwróciłam się, a moim oczom ukazała się ładna kobieta po trzydziestce. Miała jasne włosy, kredowobiałą skórę i ani grama naturalnego wyglądu. Ubrana była w wyzywający kostium, a na twarzy miała tony makijażu, który mimo wszystko podkreślał jej nietypową urodę. Za nią stał wysoki (baaardzo wysoki) mężczyzna o równie jasnej skórze. Tak samo jak kobieta miał blond włosy, ale były proste i okalały jego twarz w taki sposób, że wyglądała agresywnie i uwodzicielsko zarazem. Rozmawiali przyciszonymi głosami, a mnie dochodziło zaledwie echo ich słów, całkowicie zniekształcone.
Z powrotem odwróciłam się w stronę chodnika i ruszyłam przyśpieszonym krokiem, który odbijał się nieznośnie od okolicznych budynków, tym samym anonsując parze, że nie są sami na tej ulicy. Zaciągnęłam kaptur na głowę, a ręce włożyłam do kieszeni, co dziwnym sposobem napawało mnie namiastką poczucia bezpieczeństwa. Niestety nie na długo. Niepokój odżył, gdy echo rozmowy urwało się, jakby przecięto je nożyczkami. Wtedy również poczułam wwiercające się w moje plecy spojrzenia ich oboje, kobiety i mężczyzny.
Jednak popełniłam nieodwracalny błąd, przez który miałam potem koszmary; obejrzałam się przez ramię.
Mężczyzna zniknął, prawdopodobnie wewnątrz lokalu, ale lokata kobieta nadal stała przy stalowych drzwiach i wpatrywała się we mnie z dziwnym uśmieszkiem i drapieżnym wyrazem twarzy. Była przerażająca; po moich plecach przeszedł dreszcz, a na ramionach pojawiła się gęsia skórka.
To tylko zwykli ludzie, myślałam, starając się uspokoić. Jednakże mój oddech oraz bicie serca nie dawały się nabrać, jakbym podświadomie wiedziała, że są groźni. Na dowód swego zdenerwowania dostałam nieznośnej czkawki, którą starałam się ukryć. Zwykli właściciele baru. Nie mam się czego bać. Przecież to tylko zwykli...
Aaa! – wrzasnęłam ile sił w płucach. Właśnie w tej chwili, w której się odwróciłam kobieta pojawiła się przede mną. Nie miałam pojęcia skąd, przecież stała metry ode mnie! Nie mogła się zmaterializować, prawda?
Fakt jest faktem, że teraz stała centymetry ode mnie. Kiedy sobie później przypominałam to zajście, to widziałam, że miała ładne zielone oczy, kurze łapki wokół nich i ust, ale wyglądała bardzo młodo. Jej blond włosy były poprzetykane ciemniejszymi pasmami, a jej zapach... Nie potrafiłam porównać go z niczym innym, był charakterystyczny, stary i słodki niczym śmierć. Tak... pachniała śmiercią. To mnie tylko jeszcze bardziej przestraszyło, a nawet skłoniło czkawkę do ucieczki gdzie pieprz rośnie.
– Co jest, kochanie? – spytała przesłodzonym, acz zimnym tonem. Uniosła swoją bladą dłoń i odrzuciła kaptur z mojej głowy. Pogładziła mnie po włosach, przejechała po policzku i zatrzymała się na szyi, w miejscu, gdzie tętnica nienaturalnie szybko pompowała moją krew. Byłam jak zahipnotyzowana jej osobą; przerażała mnie, ale nie potrafiłam się ruszyć, krzyknąć lub choćby odepchnąć. Kobieta pochyliła się nade mną i powąchała moje włosy, spływające czarną kaskadą po lewym ramieniu. – Pachniesz jak... słońce – rzekła rozmarzonym tonem, przymykając powieki. – Jaka szkoda – odezwała się znów. Stanęła prosto i wpatrywała się we mnie groźnie i z arogancją. Jej lodowata ręka chwyciła mnie w nadgarstku, a to mnie otrzeźwiło. Zrobiłam kilka kroków do tyłu i z czymś w rodzaju warknięcia, próbowałam cofnąć rękę, ale kobieta miała stalowy uścisk. – Że nie widziałam tej pieprzonej kuli ognia od ponad stu lat.
– Puszczaj mnie, idiotko! – wrzasnęłam, mocno się szarpiąc. Wolną ręką się zamachnęłam i przymierzyłam do mocnego policzka, ale moja ręka nie uderzyła w jej twarz. Została pochwycona w lodowatym uścisku zaledwie centymetry od policzka, pokrytego grubą warstwą różu.
– Ty suko! – warknęła, a spomiędzy jej czerwonych od szminki warg wysunęły się dwa białe kły. Długie i szpiczaste, jak u drapieżników, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że ona nie jest człowiekiem. Zdenerwował mnie fakt, że ja to już podświadomie wiedziałam.
Otworzyłam szeroko oczy i krzyknęłam ile sił w płucach. Naprawdę nieczęsto bywam przestraszona, a o przerażeniu to nie ma nawet co mówić, jednak teraz i słowo „przerażenie” było za słabe na to, by opisać moje uczucia.
Mówi się, że przed śmiercią człowiekowi przelatuje całe jego życie przed oczami. Ja tak nie miałam, chociaż niewątpliwie czekała mnie śmierć z ręki tej pięknej istoty. Ja natomiast poczułam całą gamę uczuć. Od wściekłości, przez żal, do radości, że miałam przyjaciela godnego zaufania. I to właśnie bolało mnie najbardziej. Fakt, że zostawiłam Jacksona, by dręczył się i zamartwiał, czy zrobił coś nie tak. W rzeczywistości to ja wszystko schrzaniłam, ale nie miałam czasu, by nad tym rozmyślać.
Minęły ułamki sekund, a wydawało mi się, jakby ta chwila trwała w nieskończoność. Mój krzyk toczył się echem po pustej ulicy, moje serce nie nadążało już z pompowaniem krwi i miałam wrażenie, że moje kości są miażdżone, jednak nie czułam bólu tak dosłownie. Ledwie go rejestrowałam. W chwili, w której kobieta się pochyliła i już miała wgryzać się w moją szyję, usłyszałam czyjś ostry głos. Męski, niski i pociągający – nawet dla piętnastolatki.
– Pam, zostaw ją – powiedział, a w tym momencie wszystko umilkło i powróciło do normy jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Zamknęłam usta, prawie gryząc się w język (choć powinnam była to zrobić, bo zachowałam się wyjątkowo dziecinnie, drżąc się wniebogłosy), w tym czasie kobieta – Pam warknęła z irytacją, odsunęła się ode mnie i puściła moje ręce. Natychmiast zaczęłam rozmasowywać swoje nadgarstki.
Mężczyzna złapał mnie za ramię i delikatnie odwrócił w swoją stronę. Dałam się, ponieważ od niego również było czuć śmiercią. Gdy mnie dotknął usłyszałam echo jego dawnych myśli i rozmów, jak przez mgłę zobaczyłam go w tradycyjnym stroju wikinga, siedzącym przy drewnianym stole. Rozmawiał w nieznanym mi języku.
Otworzyłam usta, żeby zapytać „Wampiry?”, ale natychmiast je zamknęłam. Działając na resztkach zdrowego rozsądku, wiedziałam, że potem zaczęłyby się niewygodne pytania i... cóż poradzić – pewnie śmierć. Jednak grając na zagubioną, podatną na ich wpływ (zakładając, że są choć trochę podobne do wampirów z trylogii książek „Pamiętniki Wampirów”, tak chętnie czytanych przez dziewczyny z sierocińca), może mnie oszczędzą?
– Chciała mnie uderzyć, Ericu! – powiedziała Pam tonem, jakim posługują się rozkapryszone dzieci.
Eric nawet na nią nie spojrzał. Wpatrywał się we mnie swoimi zimnymi oczami w kolorze błękitnego nieba. Mogło mi się wydawać, ale oprócz śmierci wyczułam również od niego słony zapach morza. Pod wpływem jego dotyku nadałam mu nazwę – Morze Północne.
– A ty chciałaś ją wypić – stwierdził spokojnie, nie odrywając ode mnie oczu. – Jak się nazywasz, dziecko?
Miałam ogromną ochotę rzucić mu jakąś ciętą ripostę na to „dziecko”, ale przypomniałam sobie o moim wątłym planie; uległość. Dlatego zagryzłam wargi, aż poczułam w ustach cierpki smak krwi. Przełknęłam ją i odpowiedziałam najbardziej spokojnym tonem, na jaki było mnie w tej chwili stać:
– Lailah Thomas.
Starałam się uspokoić swój oddech i szaleńcze bicie serca, jednak Eric skutecznie mi to udaremnił. Obie swoje ręce przeniósł na moją talię i przyciągnął mnie do siebie, odwrócił, a zaraz potem przytulił. Nie widziałam tego – i nie chciałam widzieć, – ale wiedziałam, że wyglądamy jak jakaś naprawdę dziwna para. On – dużo ode mnie starszy (nawet z wyglądu), bardziej umięśniony i wysoki. Ja, nawet w porównaniu do moich rówieśniczek wypadam na niską, a co dopiero przy wampirze – mężczyźnie, który liczy sobie jakieś niecałe dwa metry wzrostu?
– Widzisz, Pam – zwrócił się do swojej towarzyszki. Wciąż mnie dotykał, więc miałam nieograniczony dostęp do jego wspomnień. Eric Northman był Stworzycielem Pam De Beaufort. Zdziwił mnie fakt, że jego wspomnienia widziałam, a od wampirzycy nie. – Ile Lailah może mieć lat? Dwanaście? Trzynaście?
– Piętnaście – warknęłam, nie mogąc się powstrzymać.
– Chciałaś wyssać piętnastolatkę.
– Można by ją potem zahipnotyzować! – wypaliła Pam, tupiąc nogą na wysokim obcasie. – Spytaj ją, po co w ogóle się tu kręci po zmroku.
– Szłam do domu – odpowiedziałam natychmiast. – Prawie codziennie tędy chodzę, ale zwykle bar jest otwarty. – Posłusznie wskazałam w stronę metalowych drzwi.
– Gdzie mieszkasz? – spytał Eric, mocniej zaciskając ramiona wokół mojej talii. Starałam się to jednak zignorować i nie odwarknąć. Masochistką nie jestem, ja chcę żyć, a żeby żyć muszę spokojnie i z cierpliwością odpowiadać na ich pytania.
– W sierocińcu Shreveport. Odkąd skończyłam miesiąc – dodałam po chwili.
Usłyszałam dziwny dźwięk, jaki ludzie często wydają, gdy udają zastanowienie – coś na przykład mlaskania. Jęknęłam ze strachu i przełknęłam kolejny skurcz krtani, gdy poczułam na włosach lodowatą dłoń wampira. Przejechał – tak jak to zrobiła Pam – po mojej kitce, pociągnął lekko za jeden kosmyk i położył dłoń na moim ramieniu. Jak przez mgłę zarejestrowałam fakt, że wziął głęboki oddech.
– Pachniesz jak słońce – stwierdził zaskoczonym głosem. Blond włosa kobieta otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, lecz Eric uniósł dłoń, tym samym dając jej do zrozumienia, że ma siedzieć cicho. – Jak to możliwe?
– Używam szamponu o zapachu słońca i bezchmurnego nieba – warknęłam, wytrącona z równowagi. To miał być jeden z tych nudnych dni, jakie przeżywam od dłuższego czasu, ale nie! Musiałam sobie przypomnieć o bólu, który odczułam osiem lat temu, potem Jack musiał przyjść i ze mną zrywać, a ja musiałam zerwać z nim! Od tego czasu kumulowały się we mnie złość, ból, bezradność i samotność, a teraz jeszcze spotkałam wampiry! Najprawdziwsze wampiry, o jakich czyta się w książkach dla nastolatek. Tak więc do wielkiej kumulacji mojego własnego Dużego Lotka doszły jeszcze niedowierzanie i niewyobrażalny strach, a to było dla mnie jak mieszanka wybuchowa. Te emocje musiały jakoś ujść i to w tej chwili. Sarkazm i wrogość były najlepszą bronią na tę chwilę, przez co zapomniałam o planowanej uległości.
Na moje szczęście Eric tylko się roześmiał, ale jego śmiech był paraliżujący – przerażał mnie.
– Pam, może byś poszła do baru – zasugerował. – Ja zajmę się słodką Lailah.
O nie!, pomyślałam przerażona. Tylko nie to! Chciał ją wykopać, żeby samemu ze mnie pić. To obrzydliwe. W tej chwili wolałam, żeby Pam została. Pomimo że od pierwszego spojrzenia jej znienawidziłam. Jednakże mam okropnego pecha. Wampirzyca westchnęła i jakby od niechcenia ruszyła w stronę metalowych drzwi, za którymi zniknęła, a ja zostałam sam na sam z wampirem wikingiem, liczącym sobie ponad tysiąc lat.
Stałam tak przez chwilę, odwrócona plecami do Erica, aż ten w końcu mnie puścił i łagodnie odwrócił twarzą do siebie. Mocno pochylał szyję w dół, żeby spojrzeć mi w oczy, a ja okropnie zadzierałam głowę do góry. Miałam już pewność, że między nami jest ciut więcej niż pół metra różnicy.
Długo patrzyliśmy sobie w oczy, przez ten czas zdołałam się jako tako uspokoić, ale nadal obawiałam się ataku wygłodniałego krwiopijcy. Po minutach milczenia Eric się odezwał:
– Czym jesteś?
– Zwykłą piętnastolatką – odparłam zgodnie z prawdą. Nie miałam pojęcia o co może mu chodzić, przecież zauważyłabym, gdybym sama była wampirem, prawda?
Z nienaturalną szybkością wampir pochylił się nade mną w taki sposób, że teraz nasze twarze dzieliły centymetry. Nie zdążyłam nawet wydać pisku, a on już zadawał mi pytanie.
– Czym jesteś?
Zdenerwowałam się. Przecież już mu mówiłam, że jestem zwykłym człowiekiem, więc o co mogło mu jeszcze chodzić?
I nagle doznałam olśnienia. A co jeśli w jakiś magiczny sposób przeczuwał, że potrafię czytać w myślach? Powinnam mu to powiedzieć, czy też raczej zachować w tajemnicy? Co byłoby dla mnie lepsze? Czy powiedzenie prawdy pozwoliłoby mi żyć?
Postanowiłam zaryzykować.
– Jestem telepatką – wyznałam szeptem, nie wiedząc, co zrobi. Twarz miał spokojną i bez wyrazu, czekał aż rozwinę temat. – Słyszę myśli ludzi, a gdy kogoś dotknę, to przed oczami przelatuje mi całe jego życie. Nie znam go, ale... znam.
– Moje myśli też słyszysz?
Pokręciłam przecząco głową, a potem się zastanowiłam.
– Gdy mnie dotknąłeś, to widziałam cię – rzekłam. – Tysiąc lat temu, gdy byłeś człowiekiem. – Umilkłam na krótką chwilę – Widziałam całe twoje życie, dowiedziałam się wszystkiego, co – pewnie podświadomie – byłeś skory mi przekazać na swój temat. Co do myśli... Usłyszałam wyłącznie zniekształcone echo słów, których nie potrafiłam zrozumieć – wyznałam. Była to prawda, którą zauważyłam dopiero po zadaniu pytania.
– A Pam?
– Cisza jak makiem zasiał.
Wampir urwał kontakt wzrokowy, a ja poczułam się odsłonięta, naga. Zaczęłam się na siebie wściekać, ponieważ nie powinnam była mu tego wyjawiać. Kto wie jak to teraz wykorzysta.
Nagle ten niezrozumiały bełkot, o którym mówiłam, się urwał, zostałam sama ze swoimi myślami, bez ingerencji osób trzecich. To był błogi spokój, biorąc pod uwagę fakt, że nadal znajdowałam się w towarzystwie śmiercionośnego potwora. Ten potwór złapał mnie za rękę, ale nic się nie stało, pomimo że chłód zdawał się przesiąkać przez moją skórę i mrozić szpik kostny.
– A teraz?
– Nic nie widzę – powiedziałam i odetchnęłam z ulgą. Tak, poczułam ulgę i to do takiego stopnia, że (choć to ewidentnie bardzo głupie) przestałam krzywo patrzeć na mojego towarzysza. Jednak zreflektowałam się i chrząknęłam, wyrywając rękę z lodowatego uścisku. – Chciałabym już wracać.
– Będziesz mogła – Eric uśmiechnął się, – ale pod warunkiem, że coś dla mnie zrobisz.
Przeraziłam się nie na żarty. Spojrzałam na mężczyznę wilkiem.
– Niby co?
– To. – To powiedziawszy, ugryzł się w nadgarstek tak szybko i tak szybko przyłożył mi go do ust, że nawet nie zdążyłam krzyknąć. Poczułam na wargach ciepłą i lekką ciecz, ale za nic w świecie nie miałam ochoty jej połykać. Nie miałam jednak wyboru. To był wampir, był tysiąc razy silniejszy od chuderlawej piętnastolatki. Złapał drugą ręką moją szczękę i rozwarł mi usta. Wyrywałam się i szarpałam, ale i tak kilka kropel szkarłatnej cieczy popłynęło mi do gardła. Załkałam, ale bez łez, a wampir mnie puścił. Z okrutnym uśmiechem wytarł mi usta kawałkiem czarnego rękawa swojego bawełnianego swetra, a potem poklepał mnie po czubku głowy i zniknął, na odchodnym wypowiadając jakieś słowa.
Zniknął, zostawiając mnie samą pośrodku wyludnionej ulicy. Z masą pytań, które krążyły mi po głowie. Jednakże strach przeważył i wzięłam nogi za pas. Chciałam zapomnieć, wymazać to wydarzenie z pamięci, ale wiedziałam, że tak się nie da. Że pewnego dnia to wspomnienie powróci i przewróci moje życie do góry nogami.
Poza tym pozostawała jeszcze kwestia słów, które wypowiedział. Stanęłam pod drzwiami sierocińca cała zadyszana, a wtedy to do mnie dotarło.
– Jeszcze się spotkamy – rzekł.
__________
Prawdopodobnie i tak nikogo to nie obchodzi (bo nikt tu nie zagląda), ale powiem to dla zajęcia serwerów w sieci: wszystkie błędy można mi wytykać.
I wreszcie pojawił się mój kochany Eric, ale nie dodam go na razie go bohaterów, bo w pierwszej części pojawia się tylko raz, a będzie potrzebny dalej – w drugiej lub trzeciej części.

Rozdział II

Zegarek powiedział mi, że jeszcze godzina i będzie zachód słońca. Zaczynało robić się zimno i moje drobne ciało owiewał wiatr, sprawiając, że cała się trzęsłam. Z powrotem usiadłam na zielonej trawie i podniosłam swoją czarną bluzę z kapturem, którą zawsze nosiłam na zaś. Włożyłam ją, ale była równie zimna jak wiatr.
Chyba oszalałam, skoro czekałam na odpowiedź na swój monolog pod adresem Boga. Ale to robiłam. Siedziałam, kuląc się, aż usłyszałam tupot czyichś stóp. Po chwili moim błękitnym oczom ukazał się chłopak w moim wieku; wysoki i szczupły z nastroszonymi blond włosami oraz ciemnymi oczami. Jak prawie każdy mieszkaniec Luizjany miał opaloną skórę. Był ładny, w naszej klasie uważany za najładniejszego, ale został wyrzutkiem. Przeze mnie. Przyjaźnił się ze mną odkąd pamiętam, zawsze pomagał mi, gdy inni chcieli coś mi zrobić. To dzięki niemu nauczyłam się budować mury ochronne, przez które nie dociera do mnie ani jedna obca mi myśl.
Uśmiechnął się, a po moim ciele przetoczyła się przyjemna fala ciepła. Natychmiast zbudowałam mury i rozbolała mnie głowa, ale znacznie mniej niż jakiś czas temu.
Jackson Harper, zwany również Jack podszedł do mnie i usiadł tuż obok z głośnym westchnieniem. Zaraz potem objął mnie ramieniem i cmoknął w czoło. W tym czasie ja cała się zjeżyłam. Od kilku miesięcy byliśmy parą, ale równocześnie moglibyśmy nią nie być. Głównie przeze mnie. Nie jestem przyzwyczajona do tego, że ktoś okazuje mi jakieś ciepłe uczucia, z ledwością zaczęłam go tolerować jako przyjaciela, a jego prośba tylko pogorszyła nasze stosunki.
Powiedział mi, że od dawna byłam obiektem jego uczuć, ale bał mi się to powiedzieć. Sama stwierdziłam, że nie mam zamiaru mieć chłopaka, ale nalegał. Namawiał mnie słowami, że to będzie prawie to samo, co zwykłe przyjaźnienie się. Uwierzyłam mu i dałam szansę, ale jednocześnie coraz bardziej się od niego odcinałam. Zdarzało nam się wymieniać niewinne pocałunki i zawsze w takich chwilach traciłam panowanie nad murem, który zawalał się i wszystkie myśli chłopaka docierały do mnie ze zdwojoną siłą. To było bolesne i męczące.
– Co jest? – spytał, tuląc mnie do siebie. Powoli odprężałam napięte mięśnie i dawałam mu się głaskać po plecach. – Długo tu jesteś?
Wzruszyłam ramionami, ale nic nie powiedziałam.
Jack był moim całkowitym przeciwieństwem. Był dobry, pomocny, szczery i łagodny. I miał rodziców. Prawdziwy dom, a nawet kota! Nienawidzę kotów, ale to zawsze jest zwierzątko. Ja nie mogłam nigdy zaadoptować zwierzaka. I nie jestem dobra, a złośliwa i leniwa. Leniwa do granic możliwości.
Czytanie w myślach miało jednak swoje plusy. Szczególnie na lekcjach. Gdy nauczyciel mnie o coś pytał, wystarczyło jedynie otworzyć się na umysł klasowego kujona i powtórzyć jego słowa. Na kartkówkach i sprawdzianach to samo, dlatego mam same czwórki i piątki ze wszystkich przedmiotów, co naprawdę dziwi nauczycieli, biorąc pod uwagę fakt jak się zachowuję. I patrząc na moje niemiłosierne lenistwo. Z własnej woli robię coś tylko wtedy, jeśli skutki będą dla mnie pozytywne. Jak na przykład „pożyczenie” nowych butów, gdy stare stają się zbyt znoszone lub za małe.
– Jesteś zła? – Jack puścił mnie i ustawił mnie tak, że siedzieliśmy naprzeciw siebie. Pokręciłam głową, ale również się nie odezwałam. Chłopak przyglądał mi się przez chwilę, a jego twarz była jak otwarta księga. Mogłabym czytać z niej równie łatwo jak z umysłu. Zauważyłam, że coś go trapi. Jest rozkojarzony i zdenerwowany, a ja poczułam ciekawość. Chciałam już wiedzieć o co może mu chodzić.
– Jackson? – zaczęłam podejrzliwym tonem. Zmrużyłam oczy i przyglądałam mu się tak przez dłuższą chwilę. – Jeśli mi natychmiast nie powiesz, o co chodzi, to zacznę grzebać ci w głowie. Wiesz, że to potrafię.
Chłopak zmieszał się. Może i mnie lubił, może mnie bronił przed innymi, dopóki sama nie nauczyłam się bronić, ale prawda jest taka, że nie wierzy w moje „moce”. A może wierzy, ale stara się je zignorować? Boi się ich, jak każdy normalny człowiek, tudzież ktoś, kto ma równo pod sufitem.
Pokręcił zamaszyście głową, przez co zirytowałam się jeszcze bardziej, ale starałam się powściągnąć swój charakter, by czegoś nie wypalić. Potem mogłabym tego żałować, a doskonale wiem, że raniąc słowami mogę wyrządzić więcej szkód, niż pięściami.
– Znasz moich rodziców, prawda? – zapytał, patrząc mi w oczy. Skinęłam głową na znak, że ich znam. To byli naprawdę mili ludzie, ale bali się mnie, co znacznie obniżyło moją ocenę na ich temat. – Chodzi o to, że dowiedzieli się... o nas – powiedział, unikając mojego wzroku. – Powiedzieli, że ledwo tolerują cię jako moją przyjaciółkę i nie będą mnie narażać na demoralizację.
Prychnęłam, a zaraz potem wybuchnęłam złowrogim śmiechem.
– Co zrobią? – Zbliżyłam się do niego z demonicznym uśmiechem. – Założą ci kraty w oknach? Ustanowią godzinę policyjną? A może doniosą na mnie na policji?
– Nie wiem – mruknął Jack. – Ale oni chyba mają rację. To było zwykle zauroczenie. Zakochałem się w inności, nie w tobie.
Przekrzywiłam głowę w bok i powiedziałam szeptem:
– Ty mnie nie kochałeś. Mówiłam ci to od początku. Jesteśmy za młodzi na miłość. Pod warunkiem, że ona w ogóle istnieje. Ubzdurałeś coś sobie. Słyszysz, Jack? – Złapałam go za ramiona i lekko nim potrząsnęłam. Jego jasne włosy opadły mu na czoło, przez co wyglądał jak piętnastoletnia gwiazda jakiegoś głupiego boysbandu dla dziesięciolatek. Wyglądał słodko, ale głupkowato. Nawet pod tym względem się różnimy; on wygląda jak aniołek, a ja? Diabeł wcielony – to słyszałam zawsze, gdy wchodziłam do jakiegoś sklepu.
– O tym też chciałem pogadać! – zawołał nagle, strzepując moje ręce. Wstał i pociągnął mnie za sobą w górę. – Jesteś porywcza i agresywna!
– Nie jestem porywcza! – Również uniosłam głos, który potoczył się echem po całej polance, którą nazwałam Łączką. – Ja tylko dobitnie daję do zrozumienia, że coś mnie wpienia, Harper – warknęłam, zgrzytając zębami i zaciskając dłonie w pięści.
– Niemal codziennie dajesz do zrozumienia, że coś cie wpienia. – Wypowiadając ostatnie trzy słowa zakreślił w powietrzu znak cudzysłowu.
– Przyjaźnimy się od pierwszej klasy! – krzyknęłam, tupiąc nogą. Miałam naprawdę wielką ochotę zrobić mu coś więcej, ale sympatia przeważyła. Nie potrafiłabym mu zrobić takiej krzywdy. – Dlaczego dopiero teraz wygarniasz mi moje wady? Dlaczego, wiedząc jaka jestem, chciałeś ze mną chodzić? Jak mogłeś w ten sposób zniszczyć naszą przyjaźń?
– A więc to moja wina?
– Tak! Dopiero teraz dotarło?!
Chłopak poczerwieniał na twarzy i przez chwilę się nie odzywał. Z reguły był bardzo spokojny, ale ja, to ja – potrafiłam wytrącić z równowagi każdego. Nawet Jacksona, tego kochanego, milusiego i słodziutkiego Jacksona, który potrafił przymknąć oko na każde dziwactwo. Jestem tego żywym dowodem. Zapadła pełna napięcia cisza, trwająca jakieś pięć minut, podczas której chłopak powoli wdychał i wydychał powietrze. Usłyszałam również, że liczy do stu, ale nie wiem, czy na głos, czy w myślach. Teraz, gdy byłam wściekła wszelkie granice się zacierały. Ktoś mógł coś pomyśleć, a ja nawet bym nie zauważyła, że tego nie powiedział na głos. Z kolei jego prawdziwe słowa uznałabym za myśli.
Z powrotem usiadłam na coraz zimniejszej trawie i zapatrzyłam się na niebo. Słońce było już coraz niżej na niebie, które przybrało najrozmaitsze barwy. Różowy, fioletowy, pomarańczowy i czerwony. A na wschodzie widziałam jedynie noc, noc i gwiazdy, przesłaniane miejskim pyłem, wydobywającym się z różnego rodzaju fabryk.
– Powinniśmy się uspokoić i zacząć jeszcze raz. Od początku – podsunęłam na powrót spokojnym tonem. Nie patrzyłam na chłopaka, ale ten usiadł obok.
– Przepraszam – powiedział nieśmiało. Odwróciłam głowę w jego stronę i spojrzałam na niego zdziwiona. Uniosłam jedną brew, co było dla niektórych śmieszne.
– Za co?
– Za to, że... – umilkł. – Że jestem taki...
– Uległy? – dokończyłam, kiwając głową. – Nie twoja wina, tylko twoich rodziców. To oni cię takim wychowali. – Uśmiechnęłam się szeroko. – Widzisz ja nie znam swoich i jestem jaka jestem. Zła.
– Zepsuta do szpiku kości – zgodził się Jack. Normalnie w takiej sytuacji wyciągnął by swoją dłoń w stronę mojej i nasze palce by się złączyły. Ale nie stało się nic takiego. – I to nie pod tym względem, co te wszystkie bogate szajbuski.
Umilkliśmy oboje. Dłoń zaczęła mnie swędzieć, więc się podrapałam, ale nie przyniosło to żadnej ulgi. To wręcz bolało, miałam ochotę zedrzeć swoją skórę, by ta druga mogła się pokazać światu. Poczułam się niezdarna. Czy mieliście kiedyś na sobie za małe ubranie? Takie, które wpija się w wasze ciało, ale nie potraficie go zdjąć i musicie w nim wyjść gdzieś? Potykacie się, nie macie swobody ruchów... Mam tak codziennie, szczególnie, gdy odczuwam silne emocje. Jak wściekłość, smutek, żal, strach... tego ostatniego stanowczo bardzo mało.
– Lailah... – Jackson westchnął, a mnie przyszło na myśl, że jest to zerwanie jakiejś głupiej nastolatki w serialu na Nickelodeon, które tak uwielbiają dziewczyny w sierocińcu.
– Rozumiem. – Uśmiechnęłam się, pomimo że wcale nie było mi do śmiechu. Musiałam mu powiedzieć coś ważnego, coś co on sam może mieć w planach. I tym bardziej to zaboli. – To już koniec. Chociaż nie byliśmy nawet prawdziwą parą.
Harper skinął głową, nagle zasmucony.
– Ale, Jack – zaczęłam. – To naprawdę koniec. Naszej przyjaźni również.
Co?!
Poderwał głowę gwałtownie do góry, tak że musiał sobie rozmasować kark. Przyglądał mi się nic nierozumiejącym wzrokiem. Westchnęłam, ale posłusznie zabrałam się za wyjaśnienia. Potrzebował ich, nawet – jak to ujęłam – jeśli nie byliśmy prawdziwą parą.
– Zauważyłam to. To, że mnie lubiłeś, nawet bardziej niż powinieneś – zaczęłam spokojnie. – I wiem, że jeśli zrywamy, to uczucia tak nagle nie znikną. Na nie potrzeba czasu, dlatego ci go daję, Jack.
– Mi nie potrzeba czasu, a co ty zrobisz, gdy zaczną cię atakować? – spytał.
– Atakują mnie tylko w szkole, a teraz jest początek wakacji, jakbyś nie zauważył. – Pokręciłam głową, a po plecach przebiegł mi dreszcz. Doznałam irracjonalnego uczucia, że ktoś nas obserwuje, ale szybko się go wyzbyłam. – Potrafię o siebie zadbać. – Wskazałam brodą na niego. – Zobaczysz, że jeśli przestaniesz się ze mną zadawać, to będziesz szczęśliwszy. – Zaśmiałam się gardłowo, a widząc pytające spojrzenie swojego eks (to dziwne), odpowiedziałam. – Jestem piętnastolatką, groźną w dodatku i dyktuję ci, co będzie dla ciebie dobre, a co nie. Czy nie jestem równie porąbana jak te wszystkie laski, które myślą, że są już dorosłe?
– Zawsze jesteś porąbana – stwierdził dobitnie Jackson. Głos jednak i tak miał smutny, ale starałam się to zignorować. Wolałam to, niż jeszcze bardziej go ranić jakimiś bzdurami typu „Tak będzie lepiej”, „To nie twoja wina, tylko moja”, „Zawsze będziesz dla mnie ważny”. To prawda, wszystkie te stwierdzenia są stuprocentową prawdą, ale wolałam tego nie ujawniać. Wolałabym uciec. Daleko stąd, tam, gdzie wszystko jest prostsze. Ale nic nigdy nie jest proste, są tylko łagodniejsze zakręty.
Kiwnęłam głową.
– Chyba powinieneś już iść – rzekłam twardym i nieznoszącym sprzeciwu głosem. – Twoi rodzice się pewnie już niecierpliwią.
– Chyba masz rację – zgodził się, ale nie wstał. Popchnęłam go z taką siłą, że upadł na trawę. Prychnął cicho.
– W takim razie się rusz!
To powiedziawszy, położyłam się na trawie i udawałam, że go nie widzę. Wzrokiem przeczesywałam coraz ciemniejsze niebo, uszami zarejestrowałam szelest i zrozumiałam, że Jackson już sobie poszedł. I dobrze. Wiedziałam, że robię źle, gdy otworzyłam przed nim swoje serce, kiedy mu zaufałam i posłałam mu pierwszy niewymuszony uśmiech. Kiedy pokochałam go jak brata, którego (chyba) nie mam. Ale i tak to zrobiłam – dałam mu się wykorzystać, chociaż wiem, że ludzie są okrutni i wykorzystają każdą okazję, by ci uprzykrzyć życie.
Nie płakałam, płacz był dla słabeuszy, a ja nie byłam słaba. Zamknęłam się w sobie jeszcze bardziej, niż zwykle. Na zewnątrz byłam spokojna, jednakże w środku darłam się i miotałam, niczym ukryty demon.
Po chwili, gdy mrok zapadł już na dobre, przewróciłam się na bok, zwinęłam w pozycji embrionalnej i zaczęłam się turlać po całej powierzchni Łączki. Wpadłam na stokrotki i dziko rosnące mniszki. We włosach utkwiło mi pełno źdźbeł trawy i koniczyny, ale nie przeszkadzało mi to. W bólu jaki odczuwałam, zaznałam również przyjemność; moje zmysły się wyostrzyły (choć mogło to być również skutkiem mroku). Poczułam zapach lasu i zwierząt, które go zamieszkiwały. Całkiem wyraźnie widziałam sylwetki drzew oraz słyszałam każde najmniejsze poruszenie liści. Jednocześnie doznałam dreszczy, zrobiło mi się gorąco i miałam ochotę zwymiotować.
Powstrzymałam falę mdłości, wstałam i ruszyłam przez las do sierocińca, nawet nie zwracając uwagi na rośliny wetknięte w każdy możliwy skrawek mojego ubrania.
Teraz wszystko było mi obojętne.
__________
Zamówiłam szablon, ale nie wiem kiedy będzie gotowy, więc na razie jest jak jest.
Mam napisane do czwartego rozdziału i właśnie piszę piąty.
Opowiadanie jest fanfikiem serialu „Czysta Krew" i jest podzielone na kilka części. Pierwsza będzie się składała z czterech pierwszych rozdziałów – ewentualnie pięciu, a druga powinna być już dłuższa, ale nie potrafię przewidzieć jej całkowitej długości.
Kursor pochodzi ze strony profilki.com.pl/inne/usteczka.cur